Było jak przed pierwszą randką z chłopakiem, który bardzo Ci się podoba. Czujesz dreszcz ekscytacji, nie możesz się doczekać i czujesz, że będzie fantastycznie, a tymczasem on, po kilkudziesięciu minutach ożywionej dyskusji rzuca hasło, po którym ze wstydu masz ochotę zapaść się pod stół albo uciec i nigdy już nie wrócić. 

Taka właśnie była moja pierwsza polska książka o zombie. Wyczekiwałam jej z niecierpliwością, bo wiadomo, zombie. Karol Szymkowiak, człowiek sukcesu, główny bohater powieści, miał potencjał i mógł być kimś, kto tę historię wzniesie na wyżyny. No i Gdańsk, mój kochany Gdańsk, czyli miejsce, w którym rozpoczyna się cała akcja. Co mogło pójść nie tak? A jednak. Po wysokim C na samym początku, z upływem czasu było gorzej, i gorzej, i gorzej...

Karol jako główny bohater powieści okazał się być kimś zupełnie innym niż można byłoby się spodziewać. To nie typ wojownika, który świetnie odnajduje się w apokaliptycznym świecie (patrz Rick z The Walking Dead). Jest przerażony, zagubiony i nie radzi sobie z zastaną sytuacją, czyli zachowuje się tak, jak zachowałoby się na jego miejscu wielu z nas. To dla tej historii duży plus - typ zwykłego człowieka rzuconego w wir dramatycznych wydarzeń jest świeży i atrakcyjny. Ale na tym niestety plusy się kończą.

Po początkowym zachwycie książką spotykało mnie rozczarowanie za rozczarowaniem. W Zombie.pl roi się od irytujących bohaterów, zwłaszcza grupy Słowian, których wprowadzenie do fabuły w takiej formie, jaką zastosowali autorzy, wydało mi się zupełnie bzdurne. Potencjał był duży, ale zabrakło ognia. Szkoda. Mimo wszystko warto dać jej szansę.

Liczba stron: 436
Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Ocena: (1-10): 5 - przeciętna



Nie jestem wielką fanką kina. Prawdę powiedziawszy, z kinem mi raczej nie po drodze, a liczba filmów, jakie oglądam w ciągu roku, nie przekracza dziesięciu, no, w porywach piętnastu. 
Moja wiedza o kinie jest żałośnie wręcz marna, ale absolutnie mi to nie przeszkadza, bo i niby dlaczego miałoby?

Kiedy w sieci pojawiła się informacja, że Karolina Korwin Piotrowska zamierza wydać swoją kolejną książkę, tym razem o kinie, pomyślałam sobie, że i tak jej nie podaruję. Niezależnie od tego, jaki jest mój stosunek do kina, książki Piotrowskiej biorę w ciemno. Tak było i tym razem, choć nie obyło się bez zgrzytów.

Krótka książka o miłości to absolutnie subiektywny zbiór najlepszych filmów w historii kina według Karoliny Korwin Piotrowskiej. Ten swoisty przewodnik pozwala na rozeznanie się w tym, co warto obejrzeć, zwłaszcza czytelnikowi nie dość zorientowanemu w filmach. Mnie osobiście zachęcił choćby do obejrzenia Co się wydarzyło w Madison County, do którego zbieram się od lat i zebrać wciąż nie mogę.  
Z drugiej jednak strony, dla czytelnika będącego specjalistą w dziedzinie kina (patrz Zwierz Popkulturalny), książka Piotrowskiej może skutecznie zburzyć krew. Zresztą nie tylko jemu. Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że jak słusznie zauważył Zwierz, autorka nie raz i nie dwa w swojej książce sugeruje, że nieznajomość jakiegoś filmu bądź reżysera jest absolutnie dyskwalifikująca i świadczy o analfabetyzmie. Prychałam pod nosem przy każdym podobnym twierdzeniu, no bo wybaczcie, ale mój brak wiedzy o kinie absolutnie nie oznacza, że nie mam prawa napisać entuzjastycznej opinii w której stwierdzę, że Interstellar to jeden z najlepszych filmów, jakie widziałam w życiu (mimo że widziałam ich mało i mimo że dla kogoś innego ten film to gówno opakowane w atrakcyjny papierek). Nie będę oczywiście w stanie stwierdzić, czy obiektywnie rzecz biorąc film ten jest dobry, czy nie, ale będę w stanie powiedzieć, jak na mnie wpłynął.

Jeżeli jednak Krótką książkę o miłości rozpatrywać wyłącznie w kategoriach przewodnika po kinie dla niezorientowanych, sprawdza się całkiem nieźle. Mnie, filmowemu ignorantowi, pozwolił na stworzenie listy filmów do obejrzenia w najbliższej (he he) przyszłości. I tego się trzymam, a resztę zbywam milczeniem.

Liczba stron: 688
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Ocena (1-10): brak oceny









Uchodźca to słowo, które odmieniane przez przypadki, od kilku miesięcy jest na ustach wszystkich - polityków, kasjerek, agentów ubezpieczeniowych, mechaników i lekarzy. Uchodźca stało się słowem o skrajnie pejoratywnym wręcz znaczeniu, słowem-straszakiem, za którym z automatu ciągnie się wszystko, co najgorsze. Czyli gwałty, morderstwa, Państwo Islamskie i terroryzm. 

Kiedy słyszę o syryjskich uchodźcach, mam przed oczami doświadczone przez los twarze ludzi, którzy desperacko pragną wydostać się ze świata, w którym ciężko jest im żyć. Ze świata, który wyniszczony wojną i krwawymi rządami, nie pozwala niemal nikomu na normalne, zwyczajne życie.

Wolfgang Bauer w swoim poruszającym, mocno doświadczającym czytelnika reportażu, przedstawia tych, którzy zdecydowali się postawić wszystko na jedną kartę i zaryzykować własnym zdrowiem oraz życiem po to, by dostać się do Europy i tam zacząć wszystko na nowo.
Są więc przede wszystkim ludzie, którzy zostawiają swoje rodziny i liczą na to, że uda im się je do siebie ściągnąć... o ile oczywiście najpierw przeżyją przeprawę przez morze. A po drodze ginie wielu. Wielu zostaje też schwytanych przez straż przybrzeżną i kończy w więzieniu lub zostaje deportowanych. I najsmutniejsze w tym wszystkim jest, że w przypadku każdego z nich ta upragniona wolność jest niby blisko, a jednak niezwykle daleko.

Wolfgang Bauer i jego znajomy, fotograf Stanislav Kupar, żeby napisać ten reportaż i na sobie doświadczyć tego, na co każdego dnia decydują się dziesiątki zdesperowanych mieszkańców Bliskiego Wschodu, przez jakiś czas udawali uchodźców z jednej z kaukaskich republik. Na własnej skórze przekonali się, czym to smakuje, a umówmy się, smakuje nie najlepiej.
Przez morze... udowadnia, że uchodźcy to, wbrew temu, co myśli wielu, nie są bandytami, złodziejami i gwałcicielami. Nie są też, przynajmniej ich zdecydowana większość, islamistami z wypraną przez ISIS psychiką. To ludzie tacy jak ja, albo Ty, którzy zwyczajnie pragną żyć w spokoju i normalności, których nie może zagwarantować im ich własna ojczyzna.


http://bit.ly/1SJKzrpTytuł oryginału: Über das Meer - Mit Syrern auf der Flucht nach Europa
Liczba stron: 144
Wydawnictwo: Czarne

Ocena (1-10): 7 - bardzo dobra









Książkę możesz kupić na:

http://bit.ly/1SJKzrp
 
Nie pamiętam, czy kiedykolwiek w całym moim życiu tygodnie upływały tak szybko. Wydaje się, że ledwie mrugnę, a znów jest weekend. Czas odliczam przeczytanymi w ciągu całego tygodnia książkami. W minionym były cztery, a wśród nich te, o których poniżej.

E. L. James Grey

Jeżeli kilka lat temu po przeczytaniu Pięćdziesięciu twarzy Greya myślałam, że Christian w gruncie rzeczy wcale nie jest taki zły, tak Grey pozbawił mnie wszelkich złudzeń. Wszelkich. Naprawdę. E. L. James nie wyciągnęła żadnych wniosków z fali krytyki (często szalenie konstruktywnej), jaka przez ostatnie lata przewalała się nad jej głową - jeżeli chodzi o stronę językową, Grey wciąż jest tak kiepski, jak trzy poprzedzające go tomy. Natomiast kreacja głównego bohatera to kompletne nieporozumienie, i doceńcie proszę, że w tym właśnie momencie powściągnęłam swój język, bo nie wolno kopać leżącego. Mówienie prosto do fiuta, pan fiutowski i te sprawy... to wszystko w pewnym momencie przestało być śmieszne, a stało się zwyczajnie żenujące. Bez wątpienia #złeksiążki

Tytuł oryginału: Grey: Fifty shades of Grey as told by Christian
Liczba stron: 560
Wydawnictwo: Sonia Draga

Ocena (1-10): 3 - słaba

James Dawson - Wypowiedz jej imię

Kto nie słyszał legendy o Krwawej Mary, ręka w górę. Ta popularna miejska legenda stała się inspiracją dla Jamesa Dawsona, który wykorzystał ją w swojej powieści zatytułowanej Wypowiedz jej imię. Jej bohaterami jest trójka nastolatków, która w trakcie Halloween decyduje się na wywołanie zjawy - szybko okazuje się jednak, że niewinne igraszki przeistaczają się w prawdziwy koszmar, a młodzi ludzie, jeżeli nie chcą zginąć, muszą zrobić wszystko, żeby dowiedzieć się, dlaczego w ogóle Krwawa Mary szuka zemsty na wszystkich, którzy wypowiedzą jej imię.
Czy warto? Właściwie tak. Ten horror to całkiem zgrabnie napisana, szybko czytająca się książka, taka w sam raz "na raz" którą z dużą przyjemnością można sobie przeczytać w weekendowe popołudnie. Zdecydowanie nadaje się bardziej dla młodszych niż starszych czytelników, ale również ci z pokolenia 20+ powinni mieć z niej dużo frajdy. 

Tytuł oryginału: Say her name
Liczba stron: 270
Wydawnictwo: YA!

Ocena (1-10): 6 - dobra
Obietnica dana umierającemu ojcu i prośba Twojego męża, byś tego nie robiła - kogo posłuchasz?

Laura Brandon musiała stanąć przed tym trudnym dylematem i zdecydować, czyją prośbę spełni. Nie brzmi jak najłatwiejszy wybór na świecie, prawda? Tymczasem nagła, samobójcza śmierć jej męża, Raya, stawia Laurę przed koniecznością  znalezienia odpowiedzi na więcej niż jedno tylko "dlaczego?".
Dlaczego jej ojciec na łożu śmierci poprosił ją, by zaopiekowała się obcą dla niej kobietą?
Dlaczego jej mąż wyraźnie nie chciał, by spełniła prośbę ojca, a gdy Laura się na to zdecydowała, popełnił samobójstwo?
Dlaczego pięcioletnia córka Laury, Emma, przestała mówić?

Diane Chamberlain przyzwyczaiła mnie do tego, że jej książki pełne są tajemnic przeszłości, które zatruwają i burzą spokój tych, którzy zmuszeni są się z nimi zmierzyć. Chcę Cię usłyszeć jest kolejną z nich. To pełna smutku, ale i pełna nadziei historia o ludziach, którzy na skutek niedomówień, kłamstw i chorych ambicji jednego człowieka zapłacili ogromną cenę.
Proza Chamberlain po raz kolejny chwyciła mnie za serce (i gardło, bo nie raz i nie dwa czułam, że za chwilę może być płaku) i tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że jej książki to doskonała i pełna emocji literatura kobieca. Polecam jak zawsze.

Tytuł oryginału: Breaking the silence
Liczba stron: 456
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Ocena (1-10): 8 - rewelacyjna

Kiedy zostałam matką, wiele się zmieniło w moim postrzeganiu rzeczywistości. Zaczęłam dostrzegać, jak wielką emocjonalną cenę płacę za każdy wątek, w którym pojawia się krzywdzone dziecko lub krzywdzona matka. I nie ma znaczenia, czy to literacka lub filmowa fikcja, czy rzeczywistość. Wkurza i bulwersuje tak samo mocno.

W ciągu ostatnich kilku lat Pokój Emmy Donoghue migał mi w książkowych rekomendacjach regularnie, to tu, to tam. Gdzieś z tyłu głowy tkwiło mi przekonanie, że prędzej czy później ją przeczytam, dlatego też nie wahałam się ani chwili, gdy znajoma blogerka, Ania z Zakulisowo.pl zapytała, czy mam na tę książkę ochotę. Miałam i z wdzięcznością ją od Ani przyjęłam. A potem...

A potem było strasznie. 

To nie mogła być radosna powieść, jedna z tych, które w sobotnie popołudnie czytujesz dla relaksu. No bo umówmy się - opowieść o uprowadzonej i przetrzymywanej w zamknięciu kobiecie oraz jej synu, owocu wielokrotnych gwałtów, to nie najlżejsza historia na świecie. Pokój to historia opowiedziana z perspektywy pięcioletniego chłopca, którego świat ogranicza się wyłącznie do czterech ścian tytułowego pokoju, w którym mieszka od urodzenia. To historia kobiety, która wszelkimi siłami stara się zapewnić swojemu synowi względną normalność - na tyle, na ile w ogóle jest w stanie.
Ta książka to ciarki na plecach i przyspieszone bicie serca. To również czytanie między wierszami i domyślanie się tego, czego nie jest w stanie zrozumieć i przekazać pięcioletni chłopiec - dlatego też Pokój jest tak przejmującą opowieścią. I choć nie jest to najłatwiejsza książka na świecie, zdecydowanie warta jest poświęconego jej czasu.

Tytuł oryginału: Room
Liczba stron: 408
Wydawnictwo: Sonia Draga

Ocena (1-10): 8 - rewelacyjna