Żyjemy w dziwacznych czasach. Czasach, w którym posiadanie wolnego czasu jest czymś niepożądanym i budzącym najgorsze podejrzenia. 
- Masz wolny czas? No cóż, ja NIE MAM na nic czasu... - mówi ktoś z dezaprobatą, łypiąc przy okazji okiem z malującym się weń politowaniem. 


Dla wielu współczesnych ludzi Twój wolny czas oznacza, że robisz niewystarczająco dużo. Że za mało pracujesz. Że za mało się starasz. I że, mówiąc wprost, jesteś śmierdzącym leniem. W zasadzie nawet wydaje się, że o wolnym czasie nie powinno się mówić głośno, bo to nieprzyzwoite. Jeżeli nie masz na nic czasu, oznacza to, że dajesz z siebie wszystko i nie szukasz wymówek, jak inni. A czytanie? Na litość boską, nie mam czasu na książki!

Z miłością do czytania jest tak, że niezależnie od tego, jak wiele wolnego czasu się ma, i tak chciałoby się mieć go więcej. No bo w końcu życie płynie, czas mija, a książek nie ubywa. Znalezienie równowagi pomiędzy tym, co zrobić t r z e b a, a tym, co c h c e się zrobić dla samego siebie, to często niezwykle trudne zadanie. W czasach, kiedy zdarza się, że jedna praca to za mało, żeby godnie żyć (bo ciągnąć z trudem od pierwszego do pierwszego to jedno, a żyć godnie to dwie różne sprawy), zdarza się, że na czytanie rzeczywiście brakuje i czasu, i sił, i chęci. Co jednak zrobić, gdy ma się trudności z wygospodarowaniem czasu na lekturę, a chciałoby się czytać więcej niż dotychczas?

Czytaj w drodze

Mogłabym znaleźć dziesiątki wymówek. Nie czytam, bo pracuję, bo wychodzę z domu o wpół do siódmej, a wracam dwadzieścia po piątej. Nie czytam, bo mam trzyletniego syna i po pracy muszę udawać Zygzaka McQueena, budować wieże z klocków, lepić z kinetycznego piasku, przyrządzać tosty, dawać miliardy buziaków i łaskotać. Nie czytam, bo ktoś przecież musi posprzątać, zrobić kolację i zakupy, a w weekend jeszcze to, tamto, siamto i sramto. A jednak czytam.
Czytam w drodze do i z pracy. Zamiast bezmyślnie wpatrywać się w mijane każdego dnia gdańskie ulice, czytam. Ponieważ do pracy jadę ponad godzinę, w ciągu dnia mam do dyspozycji dwie i pół godziny na lekturę. A że szybko czytam, tyle wystarczy, żebym zdążyła przeczytać średniej grubości powieść.

Jeżeli korzystasz z komunikacji miejskiej, czas dojazdu do szkoły lub pracy spróbuj wykorzystać na lekturę. Nawet jeżeli podróż nie zajmuje Ci więcej niż kilkanaście czy kilkadziesiąt minut, zawsze będziesz o parę stron do przodu i kto wie, być może w ciągu tygodnia uda Ci się dzięki temu przeczytać dodatkową książkę?

Wykorzystaj popołudnie i wieczór

W zależności od tego, czy w Twoim domu słychać tupot małych stópek czy nie i tego, o której wstajesz rano, Twój wieczór może być albo bardzo krótki, albo bardzo długi. Mój należy do tych krótszych, dlatego też staram się, żeby w tygodniu maksymalnie o 21 mieć chwilę dla siebie. Ponieważ w trybie codziennej pobudki o 5:30, robię się senna już o 22, bardzo ostrożnie dobieram swoje wieczorne aktywności. Zwykle oglądam odcinek jakiegoś serialu i czytam od kilkunastu do kilkudziesięciu stron książki. Czasami jednak wygrywa serial, bo na książkę jestem już zbyt zmęczona.

Zastanów się nad tym, jak wygląda Twoje popołudnie i wieczór, i sprawdź, czy jesteś w stanie wygospodarować kilkadziesiąt minut na lekturę. Może uda Ci się znaleźć parę minut na czytanie po obiedzie, w trakcie jedzenia kolacji lub przed snem? Pomyśl, jakie aktywności zabierają Ci wiele czasu, a które z nich mógłbyś zamienić na czytanie. Na przykład...

Ogranicz internet

Serio. Już jakiś czas temu przyłapałam się na tym, że Facebooka i Instagram przeglądam w telefonie przynajmniej kilka razy dziennie i że tracę na to absurdalnie dużo czasu, który mogłabym wykorzystać znacznie lepiej. Bezmyślne przeglądanie sociali nie daje mi absolutnie nic i równie dobrze mogłabym to robić raz dziennie - niczego bym na tym nie straciła. Gdy pewnego razu przeglądałam Fejsa w momencie, gdy miałam układać z synem klocki, on w pewnej chwili powiedział: "mamo, odłóś tejefon". To było jak strzał prosto w pysk. Otrzeźwiałam. Odłożyłam. Ograniczyłam. Nie bolało.

Spójrz prawdzie w oczy i zastanów się, jak wiele czasu w ciągu dnia spędzasz na Facebooku, Instagramie, Twitterze, Kwejku czy Pudelku i czy jest to dla Ciebie naprawdę aż tak istotne. Ogranicz czas spędzony w sieci do minimum, a zapewne okaże się, że dysponujesz całkiem pokaźną pulą wolnego czasu, który możesz przeznaczyć na czytanie.

Uda Ci się, jeśli naprawdę tego chcesz

Powyższe sugestie oczywiście na nic się przydadzą, jeżeli absolutnie nie zależy Ci na tym, żeby czytać więcej lub żeby czytać w ogóle. Jeśli nie chcesz, to jest to Twój wybór, tak samo jak moim wyborem jest, żeby nie oglądać telewizji - po prostu nie mam na to ochoty, wolę robić coś zupełnie innego. Wiem jednak, że gdybym chciała, znalazłabym na nią czas, zabierając go innej, mniej istotnej aktywności. Każdy z nas jest w stanie gospodarować swoim czasem w taki sposób, by zrobić dla siebie coś dobrego. Nawet jeśli nie codziennie, to przynajmniej raz w tygodniu. Używanie wygodnego "nie mam czasu" to naprawdę kiepska wymówka.

Nie dziękujcie.



Męska. Mocna. Doskonała. Już sama okładka mówi: uważaj, człowieku, będzie grubo. I jest. Grubo, brutalnie i... wulgarnie, ale tak właśnie być powinno, bo to nie książka o jednorożcach, tylko służbach specjalnych, gdzie nikt się z nikim nie będzie obchodzić jak z jajkiem.

Jarosław Pieczonka, bohater tej książki, jest człowiekiem, którego śmiało nazwać można prawdziwym twardzielem. Człowiek ze stali, twardy duchem i nie do złamania - a wielu było takich, którzy wystawiali go na próbę. W Służbach specjalnych mówi o swoim życiu i karierze zawodowej, która była (i wciąż jest!) niezwykle burzliwa oraz emocjonująca. Trudno jest nie odczuwać respektu przed człowiekiem, który jak stawał twarzą w twarz z najgroźniejszymi przestępcami i którego nie można było zastraszyć. Przez długi czas trójmiejska policja miała twarz Jarosława Pieczonki - i wydaje się, że nie ma w tym twierdzeniu ani kawałka przesady.
"Kojarzysz go?" - zapytałam kogoś, kto dobrze pamięta Gdańsk lat dziewięćdziesiątych. Odpowiedziało mi potakujące kiwnięcie głową.

Dla wielu Pieczonka to człowiek-legenda, funkcjonariusz, który nie cofnąłby się przed niczym, byle tylko postawić do pionu tych, którzy rozrabiali zbyt mocno. Ta książka, w której mówi o swoich latach służby jako funkcjonariusza publicznego, ujawnia nieco sposoby działania instytucji, które miały swoje dobre i złe strony, w których wiele było do podziwiania i równie dużo do skrytykowania. Jest świetna, robi ogromne wrażenie i zdecydowanie nie sposób się od niej oderwać.

 WOBLINK
Liczba stron: 368
Wydawnictwo: Otwarte

Ocena (1-10): 8 - rewelacyjna  









Książkę możesz kupić na: 




W lipcu 2012 roku napisałam:
"Marta i Bartek postawili wszystko na jedną kartę. Rzucili pracę i wybrali się w podróż dookoła świata, trwającą, jak się okazało, dokładnie 888 dni. Mongolia, Chiny, Kambodża, Wyspy Pacyfiku, Indonezja, Australia, Argentyna, Chile, Boliwia, Kolumbia… podróż przez 24 kraje, o których wielu z nas może tylko pomarzyć."


Moje wrażenia z pierwszej książki Marty Owczarek i Bartka Skowrońskiego były jak najbardziej pozytywne. Pamiętam to jak dziś - był lipcowy weekend, a ja czytałam ich książkę wylegując się w słońcu wpadającym do mojego mieszkania przez otwarte okna.

Minęło kilka lat i nagle BUM! Znowu oni, znowu o podróży. Czy chcę przeczytać? Chorego pytają, no jasne, że chcę! Przeczytałam więc, wchłonęłam tę ich historię, przemierzając wraz z nimi drogę na wschód, do Pamiru i jeszcze dalej. W deszczu, w słońcu, na motorach, wśród oblepiających ciało motyli i kąsających maszkar. Wśród gościnnych mieszkańców Rosji, Tadżykistanu, Kazachstanu i Uzbekistanu. Przez niegościnne błota i nieprzejezdne drogi. Znowu z Martą i z Bartkiem, jak z dobrymi znajomymi, których trudno nie żegnać ze smutkiem, gdy mówią: wybaczcie, musimy się już zbierać.

Byle dalej. Pod stopami słońca to jedna z tych książek, które czyta się z wszechogarniającym pragnieniem wyruszenia w daleką podróż. Gdziekolwiek, byle tylko wyruszyć. Gdziekolwiek, byle dalej. Przepiękne zdjęcia, cudowne poczucie humoru, dużo wzruszeń i przy okazji mojej autentycznej radości z ich szczęścia. Nie zastanawiać się. Czytać!

Liczba stron: 360
Wydawnictwo: Świat Książki

Ocena (1-10): 7 - bardzo dobra
Każdy z nas ma swoje tajemnice. Mniejsze lub większe, mniej lub bardziej znaczące, zupełnie niegroźne i takie, których ujawnienie mogłoby mieć nieprzyjemne skutki. Często też kłamiemy. A nawet jeśli nie, to w najlepszym przypadku nie mówimy prawdy. Tylko jak długo można żyć w ten sposób, zanim zacznie nas to uwierać? Zanim zaczniemy czuć się niekomfortowo z tym, że coś ukrywamy?

Siedemnastoletnia Estella była świadkiem zbrodni popełnionej przez niebezpiecznego, zdolnego do największych okrucieństw członka mafii. Dla swojego bezpieczeństwa zostaje objęta programem ochrony świadków, urzędnicy zmieniają jej imię i wysyłają do małego miasteczka Thunder Basin w rolniczym stanie Nebraska, gdzie do uzyskania pełnoletności musi znajdować się pod opieką emerytowanej policjantki. Estella, teraz już jako Stella, jest przekonana, że tych kilka miesięcy, które przyjdzie jej tam spędzić, nie będą najlepszym okresem w jej życiu. Nic dziwnego, skoro jest dziewczyną z zamożnego domu, która przez długi czas robiła tylko to, na co miała ochotę, bo jej zajęta ćpaniem matka nie zwracała na nią żadnej uwagi. Jak będzie teraz? Czy Stella zdoła w swojej nowej tożsamości poczuć się zupełnie bezpiecznie?

Becca Fitzpatrick w Niebezpiecznych kłamstwach przedstawiła historię kilkorga ludzi, których losy skrzyżowały się z losami Stelli i wśród których nie tylko ona ukrywała prawdę. Wielu z jej nowych znajomych również miało sporo do ukrycia - rzeczy, które sprawiały im ból, rzeczy, których się wstydzili lub te, o których za wszelką cenę chcieli zapomnieć. Wraz z biegiem czasu zasłony znikają, a tajemnice i kłamstwa zostają ujawnione. Czy to jednak znaczy, że atmosfera się oczyszcza? Nie do końca, zwłaszcza że Stella raz za razem musi mierzyć się z rzeczywistością, która nie do końca jej odpowiada.

Niebezpiecznie kłamstwa są jedną z tych książek, które traktuję jako fajne czytadła na jeden chaps. Czyta się nieźle i szybko, a kolejne strony jakby same uciekają pod palcami, jedna za drugą. Zdecydowanie do polecenia dla tych, którzy cenią sobie niezobowiązujące historie. Wielbiciele (a raczej wielbicielki :)) new adult będą zadowoleni.

Tytuł oryginału: Dangerous lies
Liczba stron: 424
Wydawnictwo: Otwarte

Ocena (1-10): 7 - bardzo dobra



Nie ma znaczenia, czy o Holokauście przeczytam raz, osiem, czy trzydzieści osiem. Za każdym razem przeraża tak samo. Za każdym razem sprawia, że nie dowierzam temu, że coś podobnego mogło się dziać i przez długi czas nikt, absolutnie nikt z zewnątrz nie zrobił nic, by położyć temu kres. 

Machina śmierci rozpędzona przez hitlerowców zabrała za sobą miliony ludzkich istnień, a pamiętnik Mary Berg jest kolejnym wstrząsającym świadectwem Holokaustu, zdarzeń, które przez kilka lat łamały ludzi fizycznie i psychicznie. Mimo że autorka pamiętnika przetrwała i z zagłady wyszła, można by rzec bez szwanku, to jednak była uczestnikiem wydarzeń, które nigdy nie powinny były się zdarzyć i którego nikt nie powinien był doświadczać. A jednak miały miejsce, a ona, wówczas młoda, nastoletnia dziewczyna, na własnej skórze przeżyła największe w historii prześladowanie na tle religijnym i rasowym.

Mary mimo wszystko była szczęściarą, jakkolwiek dziwacznie nie brzmi to w odniesieniu do człowieka, który doświadczył Holokaustu. A szczęściarą była dlatego, że pochodziła z zamożnej rodziny, a jej matka była amerykańską obywatelką. Tylko lub aż tyle wystarczyło, by poziom życia Mary i jej rodziny diametralnie różnił się od losów kilkuset tysięcy innych Żydów mieszkających w warszawskim getcie. Pieniądze i urodzenie otwierały im wiele drzwi i ułatwiały życie, oczywiście na tyle, na ile w ogóle było to możliwe w sytuacji, w której każdy z mieszkańców getta codziennie drżał o życie swoje i swoich bliskich.

Pamiętnik Mary Berg jest jedną z tych książek, które przypominają, jak może skończyć się wyznaniowa i rasowa nienawiść. Co może się stać, gdy władza dostanie się w niepowołane, chętne do zbrodni ręce. Jest to książka szczególna, ważna zwłaszcza teraz, gdy z różnych stron znów dobiegają nas głosy pełne niechęci i nienawiści. Niech będzie przestrogą.

Tytuł oryginału: The Diary of Mary Berg: Growing up in the Warsaw Ghetto
Liczba stron: 428
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Ocena (1-10): 7 - bardzo dobra


Podekscytowana i zaniepokojona jednocześnie - dokładnie tak czułam się, gdy psychicznie nastrajałam się do lektury Wioski morderców, pierwszej na polskim rynku książki niemieckiej dziennikarki i pisarki Elisabeth Herrmann. Ponieważ zewsząd dobiegały mnie głosy, że Wioska... to kawał świetnego thrillera, wyczekiwałam tej książki z dużą niecierpliwością. Jak się okazało, niepotrzebnie. 

Sanela Beara jest zwyczajną policjantką, której zawodowa droga nie do końca przebiega tak, jak by sobie tego życzyła. Sanela ma duże ambicje, jest błyskotliwa i inteligentna, kiedy więc przypadkowo zostaje wplątana w sprawę morderstwa na terenie ogrodu zoologicznego, angażuje się w tę sprawę mimo wyraźnych sprzeciwów swoich przełożonych, głównie Lutza Gehringa, naczelnika berlińskiego wydziału kryminalnego. 
Jak to zwykle bywa, samowola głównej bohaterki doprowadza do wielu nieoczekiwanych zwrotów akcji. Herrmann tak umiejętnie zaplątała fabułę, że za nic w świecie nie potrafiłam dojść do tego, co tak naprawdę stało się w tytułowej wiosce morderców. Tym bardziej, że drugi z głównych bohaterów, młody psycholog Jeremy Saaler, również próbuje dociec przyczyn zaistniałej na terenie ogrodu zoologicznego zbrodni, o którą oskarżono jedną z zatrudnionych tam pracownic. Na korzyść książki działa jak dla mnie tylko to, że do samego końca nawet nie podejrzewałam, KTO i CO. Żadna to frajda, gdy już na początku domyślasz się rozwiązania zagadki - tutaj nie było o tym mowy. Na tym jednak plusy Wioski morderców się kończą. Niespecjalnie mnie ta książka porwała, ot, był to zwyczajny thriller, jakich wiele w swoim życiu przeczytałam, raczej bez fajerwerków. Przeczytany, odznaczony na liście, następny proszę. A szkoda.

Tytuł oryginału: Das Dorf der Mörder
Liczba stron: 548
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Ocena (1-10): 5 - przeciętna