W trzeciej odsłonie cyklu Co czytasz, blogerze?, rozmawiam z Martą, autorką bloga matkaniewariatka.pl, która udowadnia, że literatura young adult odpowiada nie tylko nastoletnim i wchodzącym w dorosłość dziewczętom, ale może sprawiać mnóstwo przyjemności również kobietom, które swoje osiemnaste urodziny świętowały już trzynastokrotnie... ;)
Młode matki, które przed narodzinami swojego dziecka miały wiele czasu na czytanie, po jego narodzeniu narzekają na brak tego czasu. Ty jesteś mamą bliźniaków - jak godzisz tę rolę
i wynikające z niej obowiązki z miłością do książek?
Przez pierwszy rok życia chłopców nie czytałam prawie nic poza ulotkami z marketów. To był trudny okres w naszym życiu i nie miałam w ogóle głowy do książek.
Chłopcy mieli niecały rok, gdy przyjechała moja przyjaciółka i wręczyła mi książkę Macierzyństwo non-fiction. Relacja z przewrotu domowego Joanny Czeczot-Woźniczko. Byłam zła, bo nie miałam czas na czytanie, ale jak zaczęłam, to zarwałam noc. Tzn. te pojedyncze godziny, które zwykle mogłam poświecić na sen.
Jednak to był cenny czas, bo wtedy narodziła się idea pisania bloga. Później powoli wracałam do czytania. Wykorzystywałam moment, gdy dzieci spały albo ktoś zabrał ich na spacer. Większość matek twierdzi, że nie ma czasu na czytanie, bo wtedy gdy dziecko daje "wolne", one sprzątają, gotują lub piorą. Ja miałam silną potrzebę czasu tylko dla siebie, czułam, że jak będę na okrągło szorowała dom albo podcierała pupki to zwariuję. Dlatego czas, gdy dzieci spały, poświęciłam tylko sobie. Najczęściej właśnie na czytanie.
Teraz bliźniaki mają już 4,5 roku, więc czytam swobodnie wszędzie, gdzie się da, oczywiście wtedy, gdy dzieciaki mnie nie potrzebują. Oni się bawią, ja czytam. Oni oglądają bajkę, ja czytam. Oni wieczorem śpią, ja czytam. Czasami jak mam dobrą książkę, potrafię też czytać smażąc naleśniki.
Jakie książki zatem czytujesz? Czy jest jakiś gatunek, w którym czujesz się najlepiej?
Najczęściej sięgam po powieści obyczajowe. Uwielbiam klasykę - Jane Austen to moja literacka bogini. Cenię polskich autorów - Janusz L. Wiśniewski, Agnieszka Lingas-Łoniewska, Anna Ficner-Ogonowska, Olga Rudnicka, Magdalena Witkiewicz, to tylko niewielka część tych, których lubię czytać!
Raczej wybieram książki, które pozwalają mi się zrelaksować i "odpłynąć" do świata,
w którym wszystko zawsze dobrze się kończy. Sporadycznie sięgam po trudniejszą tematykę. Ostatnio rozkochałam się też w gatunku young adult. Ale dla kontrastu równie często czytam poradniki psychologiczne i pedagogiczne.
Zatrzymajmy się na chwilę przy young adult - dlaczego właśnie ten gatunek?
Sama się czasami nad tym zastanawiam. Chyba powinnam być już za stara na taką literaturę. Całe szczęście nie przejmuję się stereotypami i pozwalam sobie czerpać wielką radość z czytania tego gatunku. Niby kto ma czytać o kobietach, które są pewne siebie, doskonale znają swoje potrzeby seksualne i przezywają właśnie najlepsze przygody swojego życia, jeśli nie dorosła kobieta? Chyba lepiej, jeśli czyta o tym 30-latka, która już wie, że idealny facet to utopia. Nastolatkom mogłoby to jeszcze wypaczyć światopogląd i biedne szukałyby później takiego Greya (Pięćdziesiąt twarzy Greya), Crossa (seria autorstwa Sylvii Day), czy Hardina (seria After) na życie.
Mi te książki robią dobrze na duszę. Chętnie poczytam o bogach seksu, niezwykle bogatych, pięknych i cudownych facetach, którzy w każdym calu są idealni. Poczytam, wzruszę ramionami
i wrócę do rzeczywistości z całkiem normalnym i prawdziwym facetem. A i on nie narzeka na to moje czytanie, bo z niektórych książek można przenieść całkiem ciekawe pomysły do własnej sypialni. Można by zaryzykować stwierdzeniem, że young adult potrafi odświeżać związki. Wiesz, że podobno po Greyu spokojne panie domu ruszyły szturmem do sex shopów? Czytanie jednak bywa niebezpieczne!
Czyli, podsumowując, przepadasz za książkami, które podgrzewają atmosferę. No to teraz
z drugiej strony - po jakie nie sięgnęłabyś za żadne skarby?
Szerokim łukiem omijam książki historyczne, niespecjalnie mnie też ciągnie do kryminałów. Jeśli są to kryminały z dobrym humorem w tle, takie jak pisze Olga Rudnicka, to czytam. Jednak opisy krwawych morderstw zdecydowanie nie są dla mnie. Ciężko mi się również zmusić do czytania książek poruszających trudne tematy - handel ludźmi, traktowanie kobiet w kulturze wschodniej itp. Wiem, że to są ważne kwestie, jednak poruszają we mnie zbyt wiele emocji i jeszcze nie nabrałam tyle odporności życiowej, żeby je czytać.
A Twoi synowie? Podzielają Twoją miłość do literatury?
Tak! Dużo czytamy, zwłaszcza jesienno-zimową porą. Nie przepadają co prawda za bardzo długimi treściami, które trzeba dzielić na kilka wieczorów, więc na poważniejszą literaturę dziecięcą jeszcze przyjdzie czas. Na razie najbardziej lubią wiersze Brzechwy (ostatnio również w wersji piosenek do słuchania), opowiadania o bohaterach ulubionych bajek (np. Kubuś Puchatek) i bajki typu Pinokio, Kot w butach itp. Mamy mnóstwo książek dla dzieci. Arek lubi sam tworzyć swoje opowiadania. Mikołaj natomiast uwielbia kartkować moje książki, bo podoba mu się ich dźwięk i zapach. Mam to samo... myślę więc, że to dobrze wróży!
Na koniec zapytam - którą książkę mogłabyś określić mianem najważniejszej w swoim dotychczasowym życiu?
Chyba musiałabym najpierw swoje życie podzielić na pewne etapy. Mając jakieś 10 lat przeczytałam Pollyannę Eleanor H. Porter i tę książkę do dzisiaj uważam za bardzo cenną i piękną. Myślę, że powinien przeczytać ją każdy, niezależnie od wieku. Dzięki niej zawsze próbuję szukać pozytywnych stron. Gdy byłam nastolatką, moim sercem wstrząsnęła Samotność w sieci Janusza L. Wiśniewskiego. Zaznaczyłam w niej kilkadziesiąt cytatów. Czytając, przeżywałam własne rozterki miłosne i chociaż dzisiaj żyję we względnie spokojnym związku, to nadal uważam, że wrażliwość, którą miał w sobie ON, powinien mieć każdy mężczyzna. To by nam, kobietom, ułatwiło życie ;)
W okresie studiów byłam niepoprawnie zakochana w Rozważnej i romantycznej oraz Dumie
i uprzedzeniu Jane Austen. Można powiedzieć, że książki te ukształtowały moje podejście do kobiecości. Natomiast platoniczna miłość do pana Darcy'ego została we mnie do dziś.
Ostatnio do grona ważnych książek dołączył Promyczek Kim Holden. Przepiękna opowieść o dziewczynie, która mimo ciężkiego życia i walki ze śmiertelną chorobą, potrafiła uszczęśliwiać ludzi wokół siebie. Wszystko co robiła sprawiało, że ludzie czuli się lepsi. Niesamowita dobroć, optymizm i godne naśladowania podejście do życia. Płakałam nad tą książką podczas czytania i kilka dni po jej odłożeniu na półkę. Często o niej myślę, bo wiem, że to nie tylko fikcja literacka, a prawdziwe emocje, sytuacja, która może spotkać każdą z nas. Dlatego z życia trzeba czerpać garściami i zawsze znajdować jego pozytywne strony. Jak widzisz, nie potrafię wskazać jednej książki!
Są tacy ludzie - i nie są to wcale odosobnione przypadki - których poczucie wyższości szalenie człowieka irytuje, żeby nie powiedzieć bardziej dosadnie. I mimo że u innych uważamy to za rzecz godną najwyższego potępienia, to... no sorry, od czasu do czasu lubimy poczuć się lepsi niż otoczenie, nie mówcie, że nie.
Lubimy postawić się wyżej niż ci, których uważamy za gorszych od nas. Których uważamy za głupszych od nas. Za cokolwiek, byle niżej od nas. To podłe, snobistyczne, obrzydliwe, żenujące i zasługujące na pogardę, wiem. Niewielu się do tego przyzna, bo nie jest to rzecz, która przysporzy nam sympatii otoczenia. Ale nie ukrywajmy, właśnie to jest przyczyną, dla której tak bardzo drażni nas, gdy inni zachowują się w podobny sposób. Dlatego oglądamy te wszystkie programy, w których ludzie robią z siebie błaznów. Dlatego czytamy doniesienia z życia celebrytów i dlatego mieszamy ich z błotem. Wreszcie: dlatego hejtujemy! Bo myślimy, że jesteśmy lepsi. Sorry, muszę was rozczarować. Nie jesteśmy. Emma też tak myślała, zanim nie spotkał ją zimny prysznic i mentalny strzał z piąchy. Ale zacznijmy od początku...
| Gwyneth Paltrow jako Emma w ekranizacji z 1996 roku źródło |
W wypowiedziach panny Smith nie uderzyło jej co prawda nic szczególnie mądrego, ale i tak uznała ją za osobę bardzo ujmującą, miłą i pozbawioną przesadnej nieśmiałości, skorą do rozmowy, a zarazem, jakże daleką od natręctwa. Dziewczyna okazywała przy tym Emmie należny i stosowny szacunek. Najwyraźniej była pełna wdzięczności za to, że zaproszono ją do Hartfield. W dodatku, będąc przyzwyczajoną do nieco mniej wykwintnego stylu życia, wyrażała tak niekłamany podziw dla wszystkiego, co wokół siebie widziała, że Emma uznała ją bez wahania za rozsądną osobę, która niewątpliwie zasługuje na wsparcie. (Jane Austen, Emma, Kraków 2005, s. 16-17)
![]() |
| Romola Garai jako Emma w miniserialu z 2009 źródło |
Więc o czym to ja...?
Ach, o Emmie. Bo Emma to właściwie cholernie irytująca postać. Wiecie, cała ta jej zarozumiałość i ewidentna ślepota na otaczający ją świat w pewnym momencie wychodzi człowiekowi bokiem. No bo sami zobaczcie...
- Cóż to za nieznośna kobieta! - wykrzyknęła, gdy tylko zamknęły się za nimi drzwi. - Jest bardziej okropna niż sądziłam. Wprost nie do wytrzymania! "Knightley!". Nie mogłabym w to uwierzyć, gdybym sama nie słyszała. "Knightley"! Widziała go pierwszy raz w życiu, a mówi o nim "Knightley"! I do tego przyznaje łaskawie, że jest dżentelmenem! Mała parweniuszka, prostaczka, z tym jej "panem E." i "caro sposo", i całą swoją pomysłowością, mnóstwem zainteresowań, bezczelną pretensjonalnością i nieopierzonym polotem! Żeby ze zdumieniem odkrywać, że pan Knightley to prawdziwy dżentelmen! Wątpię, by odpłacił jej podobnym komplementem i uznał, że ona jest prawdziwą damą. Nigdy bym nie uwierzyła, że tak można! (str. 180)
I to nie jest tak, że pani Elton nie jest irytująca, bo jest, i to jak diabli. Ale Emmie chwilami chce się wystrzelić piąchę w pysk, żeby się ogarnęła i zaczęła myśleć. Ale dość już o niej, bo oto nadchodzi człowiek, który jak dla mnie wygrywa w tej powieści wszystko, czyli Pan Woodhouse! No ludzie, mistrzostwo! Ojciec Emmy to przewrażliwiony do granic rozsądku hipochondryk, który martwi się o wszystko, począwszy od tego, że ludzie nie chcą jeść na kolację kleiku (czy kogoś to dziwi?), a skończywszy na tym, że jajko ugotowane porządnie na miękko nie jest niezdrowe. Nasza Serle zna się na gotowaniu jajek jak nikt inny. Nie polecałbym jajka gotowanego przez kogoś innego, ale naprawdę nie musi się pani obawiać, te są bardzo małe, sama pani widzi. Jedno z naszych jajeczek pani nie zaszkodzi. (str. 17) Problemem jest dla niego nawet to, że kobieta na obrazie wygląda, jakby miała się przeziębić, bo na ramiona ma zarzucony zaledwie cienki szal. I tak przez całą książkę. Dziewczęta, dbajcie o siebie! U Austen tak po prostu czasami jest, że przeziębienie i kaszel urastają do rangi niemal śmiertelnej choroby. Ale to wszystko ma swój urok. Nawet ta kurtuazja, którą cechują się wszyscy bohaterowie, to tiutianie sobie nawzajem, to zaciskanie zębów i silenie się na uprzejmości, bo inaczej po prostu nie wypada. Wszystko jest tu urocze i irytujące zarazem, ale wiele zachowań, jakie Austen opisała w tej powieści, daje do myślenia. Snobizm nigdy i nigdzie nie jest fajny.
Harvey to absolutna doskonałość, samiec alfa w stadzie. Postać, którą jako widz kupuję od a do z, którą - gdybym była facetem - cholernie chciałabym być i którą jako kobieta uważam za stuprocentowo męską i pociągającą. Kto ogląda Suits i jest kobietą lub gejem, ten może sobie łatwo wyobrazić, jakie jeszcze myśli przychodzą mi w tym momencie do głowy. Ale Harvey, oprócz tego, że wygląda jak milion dolarów, jest jeszcze diabelnie inteligentnym gościem i warto czasami pochylić się nad tym, co mówi. A mówi wiele mądrych rzeczy.
Z marzeniami jest jeden podstawowy problem: albo się spełnią, albo nie. Jeśli się spełnią, to super. Jeśli nie... trochę gorzej. Są czymś, co przy sprzyjających okolicznościach i dobrym wietrze być może uda nam się zrealizować (czasami nie ma na to najmniejszych szans!), na przykład: jeśli wygram w totka, zwiedzę cały świat. Żyjąc w ten sposób możemy nigdy nie doczekać się ani pierwszego, ani drugiego, a przecież cholernie chcemy, by nasze marzenia się ziszczały. Czas więc nie na marzenia, a na cele, bo to cel jest czymś, do czego dążymy zdecydowanie świadomie. To już nie jest chciałbym, ale chcę. W tym, czy cel zostanie osiągnięty, wiele zależy od nas. Podejmujemy pewne działania i krok po kroku zmierzamy ku temu, co zaplanowaliśmy.
Z marzeniami jest też tak, że... no cóż, i tak każdy jakieś ma. Gdy byłam młodsza, marzyłam o tym, żeby być szczupła. W pamiętniku niezliczenie wiele razy pisałam o tym, jak bardzo chciałabym móc wejść do pierwszego z brzegu sklepu i kupić pasujące na siebie spodnie (gdy człowiek waży grubo ponad setkę, jest z tym pewien problem). Marzyłam i marzyłam, jednocześnie przeżuwając kolejnego Snickersa i nie robiąc nic, co mogłoby mnie przybliżyć do sukcesu. Udało mi się dopiero wtedy, gdy marzenie przestało być marzeniem, a stało się celem, do którego z gigantyczną determinacją dążyłam.
"I don't get lucky, I make my own luck"
(oraz The only time "success" comes before "work" is in dictionary)
(oraz The only time "success" comes before "work" is in dictionary)
![]() |
| źródło |
Najgorzej jednak przypisywać sobie tendencję do przyciągania pecha. Ten etap mam już prawie za sobą. Prawie, bo wciąż nad tym pracuję. Od kiedy uświadomiłam sobie, że wiele z tych negatywnych zdarzeń, które mi się przytrafiają to nie pech, a konsekwencja złych decyzji lub zwyczajnej bezmyślności, rozważnie podchodzę do podejmowania wszelkich kroków. Uświadomiłam sobie, że to, co często brałam za pech, było po prostu nauczką za moje zaślepienie, za to, że czegoś dobrze nie przemyślałam, lub nie słuchałam dobrych rad życzliwych ludzi. To jednak nie znaczy, że złe lub dobre rzeczy nie dzieją się same z siebie, bo i tak w życiu bywa. Mimo to zdecydowanie lepiej jest pracować na własne szczęście, niż z drżeniem serca oczekiwać na coś, co może się zdarzyć tylko dlatego, że ze strachu przed porażką czegoś nie dopilnowaliśmy.
"Ever
loved someone so much, you would do anything for them? Yeah, well, make
that someone yourself and do whatever the hell you want"
![]() |
| źródło |
Zastanów się, czy kochasz samego siebie. Cholernie trudno jest zaakceptować swoje wady, lecz nie ukrywajmy, każdy je ma. Są jednak ludzie, którzy uczynili swoje wady integralnymi elementami samych siebie. Pytanie brzmi też, czy to, co dla Ciebie jest wadą lub zaletą, będzie nią również dla kogoś innego? Jeśli jest w Tobie coś, czego szczerze nie znosisz, zrób wszystko, by to zmienić, lub zaakceptuj to i przekuj w zaletę, bo to po prostu część Ciebie. W przeciwnym razie, w momencie, gdy ktoś wytknie nam nasze wady, może cholernie zaboleć. Życie w zgodzie ze sobą i miłość dla samego siebie nie pozwoli, by zabolało.
"What are your choices when someone puts a gun to your head? You take the gun, or you pull out a bigger one. Or, you call their
bluff. Or, you do any one of a hundred and forty six other things."
Zbyt często jest tak, że gdy napotykamy na problem, który wydaje się być nie do rozwiązania, zwieszamy głowę, wzruszamy ramionami i robimy to, co wydaje nam się być najbardziej słuszne, bo nie przychodzi nam do głowy, że możemy inaczej. Idziemy w stronę, która - przynajmniej w naszym odczuciu - ma sprawić, że z trudnej sytuacji wyjdziemy możliwie najmniej poobijani. Czy słusznie? Bywa że tak, ale nie zawsze. Wytoczenie ciężkiej artylerii do walki z przeciwnościami losu jest czasami niezbędne i choć nie gwarantuje nam, że wyjdziemy z tego bez szwanku, dzięki temu możemy wygrać znacznie więcej, niż rozwiązanie problemu i spokój ducha.
Długo nie potrafiłam tego zrozumieć. Byłam typem cholernej defetystycznej panikary, która zamiast myśleć logicznie, wyolbrzymia i przygotowuje się na najgorsze. Od pewnego czasu uczę się innego podejścia i coraz częściej przekonuję się, że pochopne działanie i godzenie się na najwygodniejsze, pozornie jedyne rozwiązanie, może przynieść więcej szkody, niż korzyści. Studzę więc emocje i przypominam sobie, co powiedział Harvey.
I na koniec...
![]() |
| źródło |
Czy można świadomie i bez wyrzutów sumienia strollować bohatera swojej własnej powieści? Jeśli przeszło Ci przez myśl, że nie, to błagam, odejdź. Nie czytaj dalej, po prostu sobie idź. Ale jeśli kiwasz głową i myślisz, że to wspaniała sprawa...
Od pewnego czasu żyję w głębokim przekonaniu, że gdyby Jane Austen żyła w czasach nam współczesnych, byłaby kimś podobnym do George'a Martina. Czyli wiecie, takim pisarzem, co to sam sobie robi jaja ze stworzonych przez siebie postaci, nabija się z nich na Twitterze i uprawia coś w rodzaju real time marketingu, odnosząc zachowania swoich bohaterów do aktualnych wydarzeń. Gdy kilka dni temu czytałam Opactwo Northanger, nie mogłam wyjść z podziwu dla pełnego kunsztu sarkazmu Jane. Ale zacznijmy od tego, że zanim przejdę do rzeczy, pobawimy się w szkołę.
Opactwo Northanger to parodia powieści gotyckiej, czyli takiej, w której koniecznie musi być szaro, buro i ponuro, a akcja powinna dziać się w pełnym grozy zamczysku lub dworze, gdzie mieszka tajemniczy, przerażający jegomość i ze dwa duchy jego zmarłych na gruźlicę byłych żon. W idealnej powieści gotyckiej powinna pojawić się jeszcze jakaś nadobna dziewica o gołębim sercu, wtedy w ogóle jest cacy i mamy hit roku. Opactwo Northanger to właśnie parodia takiej powieści. Catherine Morland, jej główna bohaterka, nie jest ani specjalnie ładna, ani ponadprzeciętnie inteligentna. Nasza słodka Jane nawet nie próbuje być dla niej specjalnie litościwa, bo...
| źródło |
Opactwo Northanger to parodia powieści gotyckiej, czyli takiej, w której koniecznie musi być szaro, buro i ponuro, a akcja powinna dziać się w pełnym grozy zamczysku lub dworze, gdzie mieszka tajemniczy, przerażający jegomość i ze dwa duchy jego zmarłych na gruźlicę byłych żon. W idealnej powieści gotyckiej powinna pojawić się jeszcze jakaś nadobna dziewica o gołębim sercu, wtedy w ogóle jest cacy i mamy hit roku. Opactwo Northanger to właśnie parodia takiej powieści. Catherine Morland, jej główna bohaterka, nie jest ani specjalnie ładna, ani ponadprzeciętnie inteligentna. Nasza słodka Jane nawet nie próbuje być dla niej specjalnie litościwa, bo...
| A oto nasza heroina w wersji filmowej. Reżyser był bardziej łaskawy niż Jane Źródło |
Catherine, chuda i dość niezgrabna, cerę miała ziemistą, włosy ciemne i proste, a rysy ostre. Również cechy umysłu nie predestynowały jej na heroinę. (...) Nie zdarzało się, by opanowała coś bądź zrozumiała, nim jej to wytłumaczono, a czasem nawet to nie pomagało, bo często była nieuważna, a chwilami wręcz tępa. (Jane Austen, Opactwo Northanger, Prószyński i S-ka, s. 5-6)
Trochę sobie pojechała po własnej bohaterce, ale zrobiła to z premedytacją, podczas gdy niektórzy pisarze (nie napiszę którzy dokładnie, ale kilku blogerów już o tym pisało i zrobiło to mistrzowsko, if you know what I mean...) ośmieszają swoich bohaterów i siebie, choć nawet nie zdają sobie z tego sprawy. Wróćmy jednak do głównego wątku. Jane trolluje Catherine niemal bez przerwy, ale trzeba jej przyznać, że po równo pastwi się w zasadzie nad wszystkimi, także nad mężczyznami.
Jeśli komukolwiek wydawałoby się,
że to wytwór współczesności, iż męskie ego puchnie z powodu ilości koni
mechanicznych pod maską posiadanego pojazdu, muszę wyprowadzić go z
błędu. Bo nie, to wcale nie jest znak wyłącznie naszych czasów. Męska
próżność łechtana była w najlepsze już w XIX wieku, a chwalipięctwo
uprawiano wówczas pierwszorzędne... przynajmniej tak przedstawiła to Jane, ale raczej nie zakładałabym się o żaden hajs obstając za twierdzeniem, że przesadziła celowo. Wszyscy dobrze wiemy, jacy bywają mężczyźni, prawda?
(...) A chyba nikt nie odważy się powiedzieć, że mój koń robi mniej niż dziesięć mil na godzinę w zaprzęgu. To oznacza, że przejechaliśmy dwadzieścia pięć mil. (...) Proszę tylko spojrzeć na mojego konia. Czy widziała pani kiedyś równie szybkie zwierzę? - Służący właśnie wdrapał się na kozioł i miał zamiar odjechać. - To ogier pełnej krwi! Dwadzieścia trzy mile w trzy i pół godziny? Wystarczy spojrzeć, by zrozumieć, że to całkiem niedorzeczne.- Rzeczywiście, koń jest bardzo zgrzany!- Zgrzany! Nie widać było po nim nawet śladu zmęczenia aż do kościoła w Walcot. Ale proszę spojrzeć na jego pysk i na zad, proszę spojrzeć, jak się porusza. Taki koń nie może robić mniej niż dziesięć mil na godzinę, choćby mu się nogi spętało. A jak się pani podoba moja dwukółka, panno Morland? Zgrabna, prawda?(...) Ma zawieszenie kariolki, siedzenie, kufer, pochwę na szpadę, błotnik, srebrne listwy - niczego nie brakuje. Cała kowalska robota jak nowa albo jeszcze lepiej. A on chciał tylko pięćdziesiąt gwinei. Od razu wyjąłem sakiewkę i powóz był mój. (str. 44-45)
Ale dobra, koniec nabijania się. Chociaż nie, jeszcze jedno...
Jeśli bowiem rację ma pewien szanowany autor, twierdzący, że nic nie usprawiedliwia panny, która zakocha się w dżentelmenie, zanim ten wyzna jej miłość, to trzeba jasno powiedzieć, że młoda dama nie powinna także śnić o młodzieńcu, dopóki nie wiadomo, czy on śnił już o niej. (str. 24)
Pamiętajcie, nie wolno śnić o mężczyźnie dopóki nie upewnicie się, że on śnił o was. Tylko latawice nie przestrzegają tej zasady.
Teraz już naprawdę koniec. Opactwo Northanger niestety nie zainspirowało mnie do żartów tak mocno, jak Duma i uprzedzenie, nie będzie zatem więcej błazenady, sorry Winnetou. Za pierwszym razem podobało mi się chyba bardziej. Tym razem zwróciłam jednak uwagę na pewien fragment, który postanowiłam zacytować. Ciekawy, taki prosto z trzewi, raczej na serio, nie na żarty. Nim zakończę.
Teraz już naprawdę koniec. Opactwo Northanger niestety nie zainspirowało mnie do żartów tak mocno, jak Duma i uprzedzenie, nie będzie zatem więcej błazenady, sorry Winnetou. Za pierwszym razem podobało mi się chyba bardziej. Tym razem zwróciłam jednak uwagę na pewien fragment, który postanowiłam zacytować. Ciekawy, taki prosto z trzewi, raczej na serio, nie na żarty. Nim zakończę.
Przyjaźń między Catherine i Isabellą pogłębiała się tak szybko, jak to zapowiadał jej serdeczny początek. (...) Jeśli poranny deszcz uniemożliwiał spacery, zamykały się w pokoju i czytały razem powieści. Tak właśnie, powieści. Nie zamierzam bowiem iść w ślady innych powieściopisarzy, wzgardliwą krytyką umniejszających wartość dzieł, które sami mnożą. Sprzymierzają się ze swymi najbardziej zażartymi wrogami, obrzucając powieści nieprzyjemnymi epitetami, i nie pozwalają swym bohaterkom ich czytać. A jeśli jakaś heroina bierze już do ręki powieść, to tylko po to, by odłożyć ją z niesmakiem, przerzuciwszy zaledwie kilka stron. Jeśli bohaterki rozmaitych romansów nie będą się wzajemnie spierać, w kim znajdą oparcie? Na to nie mogę się zgodzić. Zostawmy krytykom przyjemność obrzucania obelgami płodów wyobraźni i krytykowania każdej kolejnej, świeżo wydanej powieści i wspierajmy się nawzajem. Żaden inny rodzaj twórczości nie dostarczył czytelnikom tylu wrażeń i przyjemności i żaden inny nie został tak zdeprecjonowany. Duma, ignorancja albo moda sprawiają, że mamy prawie tyle samo wrogów, co czytelników. (...) Jakże często można usłyszeć: "Nie czytuję powieści, naprawdę rzadko do nich zaglądam. Proszę nie sądzić, że są moją ulubioną lekturą, ale to wyjątkowo dobra książka - jak na powieść oczywiście". Albo: "co pani czyta, panno...?". "Och, to tylko powieść" - odpowiada młoda dama, z udawaną obojętnością albo rumieńcem wstydu odkładając tom. (str. 33-34)
Gdy myślę nad tym, w jakim świecie przyszło nam żyć, łapię się za głowę i dziwię. Bo niby mamy wszystko. Smartfony, tablety, gadające lodówki (nie wiem czy faktycznie istnieją, ale strzelam, że owszem) i inteligentne kible rozbrzmiewające dźwiękami Mozarta do akompaniamentu jęków wydobywających się z gardła osoby cierpiącej na zaparcie. Rozluźniły nam się też obyczaje, nastolatki badają sobie nawzajem migdałki jadąc zatłoczonym tramwajem w godzinach szczytu, publicznie mówimy i słuchamy o pieprzeniu i waleniu (to najłagodniejsze określenia!), i właściwie niewiele jest już w stanie nas zgorszyć.
I wiecie, choć cała ta współczesna obyczajowość pod pewnymi względami wcale nie jest zła (pomijając wspomniane powyżej przypadki zwyczajnie wulgarne i nieprzyzwoite), z niejaką tęsknotą i smutkiem myślę, że przełom osiemnastego i dziewiętnastego wieku to czas, do którego chętnie wybrałabym się z dr. Emmetem Brownem w jego DeLoreanie, jeśli kumacie, jaki film mam tu na myśli.
Mamy dziś pierwszy dzień września, a to oznacza, że rozpoczynam na blogu cykl wpisów poświęconych twórczości Jane Austen. Mocno liczę na to, że przypadnie do gustu tym, którzy darzą ją sympatią i tym, którzy jeszcze jej nie poznali; być może po moich postach nabiorą na to ochoty.
| Duma i uprzedzenie (2005) - naprawdę wolę tę wersję (Matthew!!!) |
Chłopcom zresztą też by się lektura Dumy i uprzedzenia przydała. Może w końcu dowiedzieliby się, że do dziewczyny należy zwracać się z szacunkiem (cóż, tutaj niektórzy mogliby się kłócić, bo Pan Darcy na balu w Netherfield zdecydowanie nie był zbyt przyjemny, ale uznajmy, że to i tak niewiele w porównaniu z epitetami, jakie dziewczyny słyszą dzisiaj), a nie, że spierdalaj, gruba dziwko, co kilka miesięcy temu dobiegło moich uszu zza bram okalających okoliczne
Ta książka ma dziesiątki zalet i musiałabym przez dzień cały pisać, by wymienić je wszystkie, ale nie chcę wystawiać na próbę waszej cierpliwości, więc przytoczę tylko kilka najważniejszych dla mnie. Duma i uprzedzenie stanowi na przykład doskonałe odzwierciedlenie stosunków panujących wśród angielskich wyższych sfer przełomu XVIII i XIX wieku i jest jednocześnie szalenie wobec nich prześmiewcza. Dlaczego? Na przykład dlatego, że pani Bennet, matka pięciu córek, to kobieta opętana obsesyjnym wręcz pragnieniem wydania ich za mąż, w dodatku możliwie jak najszybciej i jak najlepiej. Zresztą pani Bennet to w ogóle chodząca komedia, w dodatku głupia jak but z lewej nogi, choć trzeba jej przyznać, że z tymi małżeństwami ma kobiecina podejście zdecydowanie pragmatyczne. Mówiąc wprost, to taka czarna owca, której nieprzemyślane publiczne wypowiedzi wywołują rumieniec zażenowania na twarzach jej bliskich (ale tylko niektórych). W zasadzie oprócz głowy rodu, pana Benneta oraz Elizabeth i Jane, najstarszych sióstr Bennet, reszta członków tej rodziny rozumem nie grzeszy. Najmłodsze siostry, Lydia i Kitty to nastoletnie latawice uganiające się za stacjonującymi w pobliżu oficerami, a Mary, średnia córka, to taki XIX-wieczny Coelho w kiecce. Jest jeszcze pan William Collins, najbliższy krewny pana Benneta, który po śmierci tegoż ma objąć w posiadanie jego majątek Longbourn. I ów pan Collins, który w pewnym momencie powieści będzie starał się o rękę swej kuzynki Elizabeth, jest nadętym, żenującym i pompatycznym pastorem, którego obecność męczy gorzej, niż rotawirus. Serio, poczytajcie sobie jego teksty, niektórzy ludzie w dzisiejszych czasach wykopaliby go za drzwi, umierając przy tym ze śmiechu, albo zaczęli zastanawiać, czy chłop na pewno wziął rano wszystkie tabletki. Ale dosyć o Bennetach, czas na słodycze.
| Elizabeth i pan Darcy, autor: Hugh Thomson |
Zaczynamy zabawę, wyjmujcie szampana. Bingley i Darcy to, mówiąc wprost, XIX-wieczne idealne partie. Diablo przystojni, dobrze ustawieni, z pięknymi posiadłościami i grubym hajsem. Ale niestety, ci, którzy w XIX wieku mają hajs, raczej rzadko mogą pozwolić sobie na wyrwanie laski o niższym statusie społecznym. Po pierwsze, od dzieciństwa mają już tak poustawiane w głowach, że zwykli patrzeć niemal wyłącznie na kobiety równe sobie (pomijając już, że po prostu w takich kręgach się obracali i zwyczajnie nie mieli innej możliwości), a po drugie... mezalians, moi mili, mezalians. Niższy status społeczny wybranki/wybranka to w tamtych czasach (obecnie również, co tu dużo mówić) gigantyczny problem i pętla na towarzyskiej szyi, a plotki i obgadywanie to nie wymysł XXI wieku, bo dwieście lat temu również były w modzie. Mimo to, w Dumie i uprzedzeniu zarówno Bingley jak i Darcy skłaniają się ku kobietom zdecydowanie uboższym od siebie. I o ile Bingley totalnie ma to w czterech literach, tak Darcy'ego sprawa początkowo mocno gniecie, czemu daje wyraz w oświadczynach, które brzmią trochę tak: Elizabeth, kocham panią nad życie! Wprawdzie jest pani prawie tak biedna, jak mysz kościelna i stanowi to pewien problem, w dodatku pani rodzina to patentowane chamy i prostaki, ale nawet to nie potrafiło stłumić mojego głębokiego uczucia. Trochę jej pojechał, nie mówcie, że nie. Ale Darcy i tak jest ideałem, to chyba jedyna postać w literaturze, którą współczesne samce powinny obwiniać za to, że kobiety mają wygórowane oczekiwania w stosunku do mężczyzn. Darcy to ikona. Tak nawiasem, jego odpowiednikiem w polskiej literaturze jest dla mnie ordynat Michorowski, ten od Trędowatej. To wprawdzie gorsza i uboższa wersja, trochę tak, jakby kawior porównać z ikrą ze śledzia, ale wciąż niezła. Tak czy siak Darcy to mistrz, co to nawet po tajniacku pewne rzeczy załatwia, żeby się jego wybranka nie musiała złościć zanadto. I taki milczący jest na dodatek, a kobiety to lubią. Mnie to bierze, każdą by brało, i możecie sobie ściemniać, że nie, a ja i tak wiem swoje.
I gdy tak na Dumę... patrzeć całościowo, to ta książka jest jak podręcznik socjologii, psychologii, historii kultury, gender i poradnik dla samotnych w jednym. Tyle dobra na trzystu stronach! Aż się wierzyć nie chce. I wcale nie jest tak, że totalnie usycham z tęsknoty za XIX-wieczną obyczajowością, która mimo wielu zalet miała jednak, patrząc współczesnym okiem, sporo wad. Bo widzicie, naprawdę dobrze jest móc zaczepić fajnego faceta i nie mieć świadomości, że popełnia się gigantyczną gafę, która odbije nam się czkawką i w dodatku postawi w złym świetle całą naszą rodzinę. Fajnie jest też, że już nie trzeba brać ślubu, żeby uprawiać seks, i że ani kobiety, ani faceci nie muszą mieć kija w tyłku. To wszystko jest naprawdę ekstra, ale nie oznacza automatycznie, że książki takie jak Duma i uprzedzenie należy traktować wyłącznie jako świadectwo dawnych obyczajów. Czy się tego chce, czy nie, jest w nich cholernie dużo mądrości i powinno się to wbijać do głów współczesnym, wychowywanym na Nicki Minaj i Rihannie dziewczynom, którym czasami wydaje się, że cycki i dupa wystarczą, żeby podbić świat i zdobyć serce faceta*.
* No dobra, właściwie często wystarczy właśnie tyle, ale dobrze wiecie, co mam na myśli.
Jeśli podobał Ci się ten wpis, proszę, kliknij "lubię to" pod tytułem posta, lub udostępnij go na swojej tablicy. Pomożesz mi tym w rozwoju bloga.









