Zachwycający - tak odpowiedziałabym, gdyby ktoś poprosił mnie, bym jednym słowem określiła reportaż Katarzyny Surmiak - Domańskiej. Co więcej, nie przesadziłabym w mojej opinii ani trochę. 



Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość stała dla mnie książką z gatunku Do-Przeczytania-ASAP już w chwili, gdy po raz pierwszy spojrzałam na jej okładkę. Byłam niemal pewna, że ten reportaż porwie mnie ze sobą jak tornado, ale - o rany! - okazał się być jeszcze lepszy niż przypuszczałam.

Porównując go do jedzenia, jest jak idealnie nasączony biszkopt - nie za suchy i nie za mokry. Domańska kondensuje w swoim reportażu wszystko co najważniejsze, czyniąc z niego zgrabną i treściwą historię ludzi, którzy naprawdę wierzą w to, co głoszą. Ku Klux Klan bowiem wbrew pozorom nie jest pieśnią zamierzchłej przeszłości, lecz organizacją, która wciąż jest żywa i wciąż gromadzi w swoich szeregach wielu zwolenników. To, co dla mnie było w tej książce najważniejsze, to fakt, że jej autorka jest niezwykle uważnym obserwatorem, który do swoich rozmówców zwraca się z pełnym szacunkiem i wyczuciem. Mogę się tylko domyślać, że na pewno nie było to łatwe zadanie, zwłaszcza że pisała o ludziach wyznających przekonania skrajnie różne od jej własnych.

Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość jest naprawdę, naprawdę doskonała. Umiejętność pisania w tak pasjonujący sposób, który mnie jako czytelnika porywa już od pierwszych stron, to wielki dar. I teraz ja, mały, szary człowieczek próbujący ubrać w słowa swój zachwyt nad tym reportażem, czuję się jak nic nie wiedzący o świecie przedszkolak. Może więc... Pani Katarzyno, chapeau bas.

Liczba stron: 294
Wydawnictwo: Czarne

Ocena (1-10): 8 - rewelacyjna
Pojawiła się wraz z pierwszymi czekoladowymi Mikołajami na półkach dyskontów. W tym roku jeszcze przed pierwszym dniem listopada, ale tak między nami... zupełnie mi to nie przeszkadza.



Jeśli chodzi o świąteczną gorączkę, mimo upływu lat wciąż jestem jak mała dziewczynka, która niecierpliwie przebierając nogami i z mocno bijącym z przejęcia sercem wyczekuje przyjścia Świętego Mikołaja. Boże Narodzenie ma w sobie magię i życzyłabym sobie, żeby moja umiejętność jej odczuwania nigdy we mnie nie umarła. I wiecie co? Jedno wiem na pewno - w tym roku na pewno do tego nie dojdzie.

Wszystkiemu winne jest Wydawnictwo Otwarte. To, że jedna z pracujących tam dziewczyn zapytała, czy mam ochotę na Podaruj mi miłość... było właściwie wyłącznie formalnością. Mogła wysłać ją do mnie w ciemno, bez pytania i mieć pewność, że zabiorę się za nią w trybie ASAP. W ten oto sposób, gdzieś między północnym i południowym krańcem Gdańska, na niewygodnym siedzeniu czerwonego, przegubowego autobusu, odczułam pierwszą w tym roku magię świąt.

Było tak, jak powinno być w historiach traktujących o świętach, czyli lekko i przyjemnie, choć trudno mi oczywiście mówić, że każde z opowiadań w tej książce podbiło moje serce równie mocno. Nie do końca. Jeżeli zbierzesz do kupy dwunastu różnych autorów, możesz być pewnym, że czeka Cię rollercoaster. Co to oznacza? A to, że czasami zjeżdżasz w dół.

Północ Rainbow Rowell była wspaniałym preludium.
Anioły na śniegu Matta de la Peña - cudowne, słodko-gorzkie i niezwykle wzruszające.
Coś ty narobiła, Sophie Roth? Gayle Forman - doskonałe! Sophie jest moją zdecydowaną faworytką wśród bohaterów tego zbioru.  
Jezus malusieńki leży wśród wojenki Myry NcEntire - oryginalne, ironiczne i pouczające.
Witamy w Christmas w Kalifornii Kiersten White - obłędne! Wyobrażacie sobie żyć w miasteczku o nazwie Christmas?

Wyczuwam mikołajkowy hit, ale zdecydowanie nie jestem obiektywna. Uwielbiam Otwarte / Moondrive.

Tytuł oryginału: My true love gave to me. Twelve holiday stories
Liczba stron: 400
Wydawnictwo: Otwarte / Moondrive


Ocena (1-10): 8 - rewelacyjna

Pewnego ciepłego, letniego wieczoru, kiedy wszystko było mało skomplikowane, do mojej skrzynki mailowej wpadł przemiły list od Anny J. Szepielak, autorki poczytnych kobiecych powieści. I mimo że ja i polska litertura kobieca to dwa odległe bieguny, bez wahania zgodziłam się na przeczytanie najnowszej oraz dwóch poprzednich powieści pani Anny. Slow life - tyle mi wystarczyło.



Najpierw był Młyn nad Czarnym Potokiem. Okazał się być jednak nie do końca tym, czego oczekiwałam, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że główna bohaterka książki, Marta, doprowadzała mnie do furii swoim nieustającym niezadowoleniem z życia i wyszukiwaniem problemów nawet tam, gdzie ich nie ma. Jak dowiedziałam się później od autorki - Marta cierpiała na dystymię, czyli przewlekłe obniżenie nastroju.

Później były Wspomnienia w kolorze sepii. Książka okazała się być znacznie bardziej interesująca niż Młyn..., ale to wciąż nie było to. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że wszyscy współcześnie żyjący bohaterowie książek Anny Szepielak są mocno niedzisiejsi, jakby zatrzymani w czasie i nie nadążający za współczesnością. Możecie się więc łatwo domyślić, że było mi cholernie głupio, że mimo ogromnej sympatii dla autorki (z którą zdążyłam w międzyczasie wymienić kilka maili), jej powieści nie porywały mnie tak, jak bym sobie tego życzyła...


Do czasu. 

Kiedy tylko sięgnęłam po Znów nadejdzie świt, uświadomiłam sobie, w czym rzecz.

Ale od początku: cykl trzech powieści Anny J. Szepielak: Młyn nad Czarnym Potokiem, Wspomnienia w kolorze sepii i Znów nadejdzie świt to historie trzech przyjaciółek z małego miasteczka, które wskutek różnych okoliczności zaczynają zgłębiać tajemnice swoich przodków. W trakcie ich poszukiwań wychodzi na jaw wiele skrywanych dotąd rodzinnych spraw. Autorka cofa się w czasie i niespiesznie snuje opowieści o ludziach z przeszłości, których nie oszczędzał los i których często tragiczne sploty okoliczności rozrzuciły z dala od siebie. W cyklu tym historie z przeszłości przeplatają się ze współczesnością - i właśnie tu jest pies pogrzebany.

Przy Znów nadejdzie świt uświadomiłam sobie, że Annie J. Szepielak z niebywałą wręcz łatwością przychodzi pisanie o przeszłości językiem tamtych czasów i że ta stylistyka pasuje do niej znacznie bardziej niż pisanie o współczesności - czuje się, że pisanie w ten sposób sprawia jej wielką przyjemność. Dlatego z ogromnym zainteresowaniem czytałam o historii chłopskiej rodziny z Galicji, której życie nie szczędziło trudów i przykrości. Przeskok do czasów współczesnych był przy tym dość przykry - zdecydowanie lepiej czyta się, kiedy autorka snuje swą opowieść sprzed dziesiątków lat. Jej bohaterowie z przeszłości pasują bowiem idealnie do miejsca i czasu, zaś ci współcześni, jak wspomniałam już wcześniej, zdają się być oderwani od czasów, w których żyją. Wszystko to nie zmienia jednak faktu, że książki Anny J. Szepielak czyta się z przyjemnością, której towarzyszy miłe uczucie rozleniwienia. To stojąca na bardzo przyzwoitym poziomie literatura kobieca, w której - jestem tego pewna - wiele czytelniczek znajduje rozrywkę i pociechę. Znów nadejdzie świt polecam najmocniej, była fantastyczna.

Liczba stron: 480
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia

Ocena (1-10): 8 - rewelacyjna 
Niezależnie od tego, czy swojemu dziecku dajesz na śniadanie czekoladowy krem czy raczej jajecznicę z warzywami, niezależnie od tego, czy pozwalasz mu oglądać bajki czy nie, niezależnie od tego, ile zarabiasz, czym się zajmujesz lub w co wierzysz, jako rodzic nie chcesz przede wszystkim jednego - żeby ktokolwiek skrzywdził Twoje dziecko. 


O czyhających na współczesne dzieci zagrożeniach napisano i powiedziano już wiele, lecz wydaje się, że to wciąż niewystarczająco dużo. Zły dotyk boli przez całe życie - pamiętasz? My, współcześni rodzice, choć jesteśmy wyczuleni na punkcie pedofilii i to na niej, jako na realnym zagrożeniu skupiamy się w pierwszej kolejności, zapominamy też, że nasze dziecko...
- może nie chcieć dać całusa wąsatemu wujkowi,
- może nie chcieć usiąść na kolanach u podszczypującej go po policzkach cioci,
- może nie chcieć podać ręki zaczepiającym go przyjaźnie przechodniom.

Ale jak to? Przecież dziecko musi znać zasady dobrego wychowania! 

Czyżby? Dlaczego ma godzić się na przytulanie lub całusy od kogoś, kogo nie chce ani przytulać, ani całować? Dlaczego nie pozwolić mu na postawienie granicy tam, gdzie sobie tego życzy? Bo wujek? Bo ciocia? Jaki komunikat dostaje dziecko, które zmuszamy do tego, by w ramach wymiany uprzejmości przyjmowało pokornie czyjeś całusy? Że rodzina i dorośli w ogóle mają prawo naruszać jego cielesność, mimo że tego nie chce. Czy to na pewno dobry kierunek?

Moje ciało należy do mnie to książka, która daje dziecku jasny przekaz:
1. Nie musisz pozwalać, by ktokolwiek Cię dotykał, jeśli tego nie chcesz.
2. Nie musisz dotykać kogoś, nawet jeśli Cię o to prosi.

I nie chodzi tu wyłącznie o zagrożenie związane z pedofilią. Dziecko ma prawo zareagować protestem, jeżeli ktokolwiek w jakikolwiek sposób narusza jego cielesność, ma prawo postawić granicę i powiedzieć NIE. Książka Gudrun Dittrich ułatwi rodzicom przygotowanie się do tej rozmowy i może stanowić doskonały punkt wyjścia do wielu innych dyskusji.

Uwaga: złotówka z każdego sprzedanego egzemplarza książki przekazywana jest na rzecz Fundacji Dzieci Niczyje, organizatora akcji Zły Dotyk.

Liczba stron: 32
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Ocena (1-10): 7 - bardzo dobra



Choć żyjemy w XXI wieku i nic, co ludzkie, nie powinno być nam obce, zaburzenia psychiczne dla wielu z nas wciąż są tabu. Zaburzenia obsesyjno-kompulsywne (no siema!), nerwice, depresja, zaburzenia afektywne dwubiegunowe - wszystko to w pewnym sensie nadal stygmatyzuje. Tylko dlaczego?


Kiedy więc wśród nowości wydawniczych września dostrzegłam Człowieka o 24 twarzach autorstwa Daniela Keyesa, wiedziałam, że będzie to mój książkowy must read tej jesieni.

Billy Milligan, tytułowy człowiek o 24 twarzach, cierpiał na rozszczepienie osobowości. W jego wnętrzu żyły 24 osoby o najróżniejszym pochodzeniu, wieku, poglądach, charakterze i sprawności fizycznej. Brzmi to na tyle niewiarygodnie, że wielu ludzi, którzy się z nim zetknęli, było przekonanych, że Milligan jest po prostu doskonałym aktorem, próbującym uniknąć więzienia, do którego miał trafić ze względu na gwałty, których się dopuścił.

Człowiek o 24 twarzach to historia człowieka, który bardzo rzadko bywał sobą i u którego do rozszczepienia osobowości doszło na skutek traumatycznych zdarzeń z dzieciństwa. Milligan był człowiekiem, który przez całe swoje życie nie zaznał ani chwili spokoju, który jako on sam - Billy - nigdy nie poczuł, co znaczy być szczęśliwym. Keyes, co niezwykle ważne, potraktował swojego bohatera z pełnym szacunkiem i pokazał czytelnikowi, jak wielkie piekło może zgotować człowiekowi jego własny umysł. Czytanie tej książki otwiera oczy i każe głęboko zastanowić się nad tym, jak postrzegane w społeczeństwie są osoby dotknięte zaburzeniami psychicznymi.

Tytuł oryginału: The minds of Billy Milligan
Liczba stron: 559
Wydawnictwo: Wielka Litera

Ocena (1-10): 8 - rewelacyjna


We wrześniu wzięłam sobie za cel uzupełnianie książkowych zbiorów mojego syna. Nieważne, że czytanie książek jest dla niego w tym momencie zajęciem nie dość atrakcyjnym, by zdecydował się marnować na nie swój cenny czas. Ja jednak nie poddaję się, walczę i uszczęśliwiam go... trochę na siłę :) 

 Ola Cieślak - Co wypanda, a co nie wypanda 
wyd. Dwie Siostry

Co wypanda, a co nie wypanda to przeuroczy poradnik savoir-vivre'u dla najmłodszych. Dzieci dowiadują się z niego, co w towarzystwie robić należy, a czego absolutnie nie wypada, a uczy je tego... no cóż, panda. Must have dla dwulatka! :)





Stefan Seidel - AutoMoto 
wyd. Babaryba

AutoMoto Stefena Seidela to u nas absolutny hit, bo kopaja, bo motoj, bo poićja, be e wu i tojota. To obowiązkowa pozycja dla małych wielbicieli motoryzacji. Uwielbiam tę książkę za olbrzymią ilość szczegółów i to, że wszystko, co się w niej dzieje, zależy od inwencji opowiadającego. Można spędzić nad nią długie godziny i wciąż nie mieć dosyć :)





Rotraut Susanne Berner - Jesień na ulicy Czereśniowej
wyd. Dwie Siostry

Jesień na ulicy Czereśniowej to międzynarodowy bestseller. Nic dziwnego, bo ta książka to kopalnia pomysłów. Dzieje się w niej tak wiele, że naprawdę nie da się jej "przerobić" w krótkim czasie. Za każdym razem dostrzega się w niej coś nowego, a dziecko nowych słów uczy się jak szalone :) Książki obrazkowe to zdecydowanie moja nowa miłość.






Marta Galewska-Kustra - Z muchą na luzie ćwiczymy buzie
Wyd. Nasza Księgarnia

Z muchą na luzie ćwiczymy buzie, czyli logopedyczne zabawy dla dzieci to wspaniała książka dla wszystkich maluchów, które uczą się mówić. Jej główną bohaterką jest mucha Fefe, która przeżywa mnóstwo ciekawych przygód angażujących do zabawy dziecko. Jak pisze Wydawca: "Dzięki Fefe ćwiczenia staną się zabawą, a maluch, słuchając opowieści o przygodach muszki i realizując wyznaczone przez nią zadania, nawet się nie zorientuje, że właśnie wykonał ważną pracę. Książka poprzez wesołą zabawę wspiera rozwój wymowy dziecka, a także jest nieocenioną pomocą dla dzieci z problemami artykulacyjnymi."